niedziela, 22 grudnia 2013

ŚBK: 6 najdziwniejszych książek w mojej biblioteczce.

ŚBK: 6 najdziwniejszych książek w mojej biblioteczce.

A właściwie to cztery książki, komiks i zeszyt. No i tylko dwie są w mojej kolekcji (jedna fizycznie…). Ale przecież nie będziemy się tu o liczby bili. Kolejny post tematyczny ŚBK potraktowałem dość luźno. Książek o dziwnych tytułach znajdzie się u mnie pewnie sporo, dziwnych przeczytanych tekstów jeszcze więcej. A zauważonych dziwadeł to już pewnie nie zliczę. Poniżej macie wyciśnięty sok z Q.


Zeszyt do matematyki - Od tego się właściwie wszystko u mnie zaczęło. Nie jest to żadna książka a na oczy widziało to dosłownie kilak osób a treść (przynajmniej część) poznały może ze 4 osoby. Ów zeszyt powstał kiedy byłem w gimnazjum i był zbiorem moich pierwszych opowiadań. To samo w sobie dziwne nie jest ale treść opowiadań to już inna sprawa. O treści wam niewiele opowiem bo w tajemniczych okolicznościach zeszyt zaginął. Ale dwa tytuły opowiadań jeszcze pamiętam: „Schludny Kmieć” i „Przesrane podróże Alicji” - to powinno wam dać pewien obraz.

Naga mysz - Kolejna pozycja której w mojej biblioteczce już nie ma. Oddałem ją do biblioteki osiedlowej. Naga mysz to książka odkopana w rodzinnych zbiorach i podchodziłem do niej dwa razy. Dwa razy się pogubiłem zanim się poddałem. Fakt, że czytałem ją jeszcze jako niedojrzały dzieciak może mieć tu coś wspólnego ale to co mi pozostało w pamięci to totalnie pokręcona fabuła.

Klinika psychiatryczna - zbiór opowiadań w którym dowiadujemy się między innymi, że nasza planeta jest kosmicznym szpitalem psychiatrycznym w którym leczone są obce istoty.

Gang Wąsaczy - Komiksowa opowieść o losach Bohdana, Ryszarda i Bogdana. Nasi wąsaci przyjaciele planują skok stulecia. Ich celem jest zajezdnia ZKM a dokładnie mam być to skok na bilety autobusowe. Tak właśnie. Skok Stulecia.

Kto zabrał mój ser - U mnie w formie audiobooka. Historia o tym jak dążyć do celu i radzić sobie ze światem i tym co mamy zobrazowana przykładem czterech myszy w labiryncie.


Buziaki, całusy, pocałunki… - No cóż. Na Targach Książki w Katowicach zablokowaliśmy stoisko Czarnej Owcy nie mogąc wyjść z podziwu dla zawartości:

A teraz wasza kolej. Jakie rarytasy czają się na waszych półkach?

wtorek, 10 grudnia 2013

Lalka

     Na dzień dobry przypominam wszystkim, że jeszcze przez pięć dni trwa Konkurs Śląskich Blogerów Książkowych i Księgarni Victoria!
     
     Na moim pierwszym spotkaniu Śląskich Blogerów Książkowych Sardegna podzieliła się z zebranymi książką która zareklamowana była słowami „Powieść dla prawdziwych facetów”. Jako, że od razu pojawiły się dwie negatywne wypowiedzi kobiet na temat książki stwierdziłem, że mogę podjąć się zadania i zweryfikować czy to tylko babski punkt widzenia a facet odkryje w tej książce skarb czy też jest to zwyczajnie słaba książka. I tak oto w moje ręce wpadła książka o prowokacyjnym tytule „Fuckdoll”. 


     Książka opowiada nam o losach byłego komandosa Roberta Benesza. Obecnie rozwodnika z dorosłą już córką. Jego życie jest poukładane, żyje na poziomie a kariera zawodowa dynamicznie się rozwija. Robert jak to facet lubi szybkie samochody i piękne kobiety. Któregoś razu zabiera swoją córkę na przejażdżkę swoim BMW która na nieszczęście kończy się zderzeniem z sarną. Sam Benesz z wypadku wyszedł właściwie nienaruszony jednak jego córka wypadek przypłaciła blizną na twarzy. Pełen wyrzutów sumienia zabiera dziewczynę do stanów na operację plastyczną u znakomitego chirurga który wcześniej miał swój spory udział w udoskonalaniu jego byłej żony. Na miejscu Robert nawiązuje romans z bajecznym zjawiskiem o imieniu Chloe z którą próbuje nawiązać bardziej trwałą relację. Niestety dla jego córki wyjazd okazuje się być mniej udany ponieważ artysta skalpela który nie jedną gwiazdę już poprawiał okazał się być zapijaczonym szarlatanem naciągaczem. Wchodząc z nim w zatarg Robert nieświadomie pląta się w intrygę. Jej uczestnikami są między innymi ekstrawagancki multimilioner-playboy, uznany niegdyś lekarz, były boss mafii narkotykowej, adwokat-detektyw, banda zbirów i aligatory. Życie Benesza niejednokrotnie wisi na włosku i tylko niesamowite szczęście oraz pomysłowość i determinacja przyjaciół pozwalają mu brnąć dalej w tej intrydze.

    Tempo w książce jest dość zmienne a ilość tekstu poświęcona na rysowanie często zbędnego tła postaci może być dla niektórych nużąca. Szczególnie na początku opowieść mocno się ślimaczy i tak naprawdę nie wnosi wiele do właściwej historii. Później na szczęście jest już lepiej, akcja się rozkręca a intryga zacieśnia. Sama historia jest pomysłowa i dobrze zbudowana. Momentami czytanie jest nużące prze mocne zagęszczenie znaków na stronie ale do tego można się przyzwyczaić. Tym bardziej, że książka szczególnie długa nie jest.

     No a teraz to na co zapewne czekacie najbardziej. Werdykt książka dobra dla mężczyzn czy zwyczajnie słaba. Ogłaszam zatem: Fuckdoll jest książką przede wszystkim skierowaną do męskiego grona odbiorców. Po zakończeniu książki przeczytałem jeszcze kilka recenzji i utwierdza to moje przekonanie. Właściwie już na samym początku opowieści wiedziałem jaki jest werdykt. Litwiński jest już starszym mężczyzną z bogatym doświadczeniem i potrafi napisać książkę trafiając w męską naturę. W większości kobiecych recenzji widziałem uwagi na temat wulgarności, generalizowania kobiet i zbyt małego uwydatniania emocji bohaterów. Kobiety i mężczyźni to dwa zupełnie różne światy jeśli chodzi o myślenie i okazywanie emocji. Jest to fakt niezaprzeczalny. Autor historię spisał utrzymując męski punkt widzenia a co za tym idzie ukazanych emocji jest mniej. Mężczyźni częściej trzymają swoje emocje wewnątrz i to widać w książce. Tak samo kwestia wulgarności i generalizowania kobiet. Dla facetów taki sposób komunikacji jest naturalny i wręcz oczywisty, faceci mniej cierpią na kompleksy i częściej zachowują dystans do siebie czego przykładem jest detektyw Sanders. A co do kobiet, fakt, że większość bohaterek to takie tytułowe puste laleczki. Jedna jest to uwarunkowane środowiskiem z w jakim funkcjonują. Autor nie generalizuje. On zwyczajnie opisuje tu konkretną grupę.

     A więc podsumowując „Fuckdoll” to książka dobra choć nie rewelacyjna skierowana bardziej do odbiorcy męskiego. Historia jest ciekawa i wciągająca a gdyby została wydana lepiej oraz pozbawiona kilku opisów (szczególnie na początku) to mogła by być jedną z mocniejszych pozycji w męskich zbiorach. Teraz pozostaje tylko czekać na kontynuację „Exodus” w której autor mając już obycie i wizję jak czują to odbiorcy może dokonać kawałka niezłej roboty.

piątek, 6 grudnia 2013

Ballada o dziwnym zespole.

Ostatnio było muzycznie więc dzisiaj dla odmiany też muzycznie. Ale żeby nie było, książkowo muzycznie.
Ballada o dziwnym zespole to napisana przez Jana Skaradzińskiego oficjalna biografia jednego z najbardziej znanych polskich zespołów w ogóle. Swoją karierę zaczęli w 1973. W 1980 Zespół zyskał pełny skład i zaczął być rozpoznawalny. Prawdziwy boom zaczął się w 1985 kiedy zespół Dżem wydał swój debiutancki studyjny album „Cegła”. To właśnie na nim pojawiły się po raz pierwszy największe hity zespołu „Czerwony jak cegła” i „Whisky” bez których do dziś jeszcze nie może się obejść wiele imprez przy piwie.
Sięgając po książkę na dzień dobry dostajemy w zestawie płytę z niepublikowanymi nagraniami zespołu czy też największego ich wokalisty Ryszarda Riedla. Bardzo przyjemne uzupełnienie. W samej zaś książce poza mnóstwem wiedzy dostajemy również bogatą bibliotekę prywatnych zdjęć zespołu które starszym czytelnikom mogą przypomnieć dawne czasy a młodym pokazać choć trochę jak to wszystko wyglądało. Co do samej biografii to autor pokazał, że jest naprawdę dobrze przygotowany. Na pewno jest wielkim znawcą zespołu. Śledził ich przygodę, rozmawiał nie tylko z zespołem ale i z osobami mającymi bliski kontakt z zespołem budując kompletną i jasną historię. Dowiadujemy się jak właściwie powstał zespół. Co działo się obok ich kariery muzycznej. A przede wszystkim poznajemy niezwykle tragiczną historię człowieka który posiadał pasję i niezwykłą charyzmę.
Bezapelacyjnie Rysiek był jednym z najmocniejszych a zarazem najsłabszych filarów zespołu. Swoimi teksami i wokalem potrafił zahipnotyzować tłumy. I mimo, że pozostali członkowie zespołu Adam i Beno Otręba, Jerzy Styczyński i cała grupa perkusistów również byli niezwykle utalentowani i swoją muzyką doskonale budowali potęgę zespołu to jednak wciąż wokalista jest tym najbardziej pamiętanym. Ale też trudno się dziwić kiedy jego historia była przepełniona sukcesami i spektakularnymi upadkami. Występy przeplatały się z odwykami a zespół nieprzerwanie rósł. Dowiadujemy się jak ciężka była współpraca z człowiekiem tak natchnionym a jednocześnie tak zniszczonym przez życie. Cierpienie z powodu uzależnienia wokalisty przenosi się na twórczość zespołu dzięki czemu głębia tekstów wsparta świetną muzyką potrafi poruszyć każdego. 
W książce bardzo jasno i szczegółowo omówiona jest kariera zespołu, dyskografia i kariera koncertowa. Niestety momentami autor za bardzo zagłębia się w tematy przez co momentami lektura może być męcząca. Jednak warto przejść przez te momenty. W jednym z utworów Rysiek śpiewa „Jeśli go nie znałeś to nie żałuj, nie. Bo przyjaciela stracił byś - jak ja.” Jednak warto poznać go bliżej.

Warto też bliżej przyjrzeć się dyskografii zespołu bo poza tymi największymi evergreenami jest tam wiele mocnych pozycji które nie zawsze są tak rozrywkowe ale zawsze solidne. Od siebie polecam wam poznać utwory takie jak: „Sen o Victorii” znany częściej jako „Victoria”, „Lunatycy”, „Cała w trawie”, „Jak malowany ptak”, „Ostatnie widzenie”, „Karlus”, „Tylko ja i ty”, „Kaczor, coś narobił”, „Klosz”, „Uśmiech śmierci”, „Naiwne pytania”. A to i tak tylko namiastka tego co zespół nagrał w trakcie całej swojej kariery. Kariery która wciąż trwa. Może już trochę zakurzona, mniej aktywna wydawniczo. Jednak wciąż chłopaki wychodząc na scenę potrafią swoją muzyką przelać te niezwykłe emocje.


czwartek, 5 grudnia 2013

Wielki Konkurs Mikołajkowy Śląskich Blogerów Książkowych i Księgarni "Victoria" Zabrze.


Wielki Konkurs Mikołajkowy Śląskich Blogerów Książkowych i Księgarni "Victoria" Zabrze będzie polegał na tym, aby odnaleźć w JUTRZEJSZYCH wpisach, na blogach ŚBK słowa - klucze, które ułożą się w hasło konkursowe. Hasło to i odpowiedź na pytanie: ile blogów wzięło udział w zabawie, trzeba będzie wysłać na podany adres mailowy Księgarni -victoria@ksiaznica.pl

Nie powiemy Wam, ilu blogerów będzie w zabawę zaangażowanych i jakich słów trzeba szukać, nie martwcie się jednak, słowo - klucz będzie bardzo wyraźnie zaznaczone i łatwe do znalezienia. Idąc po śladach, klikając na odpowiednie słowa, będziecie przechodzić od bloga do bloga, aż w końcu traficie na fp "Victorii" na FB. To będzie dla Was sygnał, że ułożyliście całe hasło.

Następnym krokiem będzie wysłanie hasła i podanie liczby Śląskich Blogerów, którzy wzięli udział w zabawie, na adres mailowy Księgarni "Victoria", podany powyżej.

Dla ułatwienia konkursu, proponujemy zacząć poszukiwania na blogu Isadory. Potem powinno pójść Wam, jak z płatka. 

Regulamin 

1. Wielki Konkurs Mikołajkowy organizowany jest przez grupę ŚBK oraz Księgarnię "Victoria" Zabrze.
2. Sponsorem nagród jest Księgarnia "Victoria".
3. Nagrodami w konkursie są 4 pakiety książek, złożone z 3 egzemplarzy każda (tematyka kobieca, męska i dziecięca).
4.Konkurs trwa od 06.12.13 do 15.12.13 r.
5. Wyniki zostaną ogłoszone dnia następnego, czyli 16.12.13 r.
6. Odpowiedzi na zadania konkursowe proszę wysyłać na adres: victoria@ksiaznica.pl
7. O wygranej w konkursie decyduje kolejność zgłoszeń. Wygrywa SZÓSTA (6), TRZYNASTA (13), SIEDEMNASTA (17) i szósta od KOŃCA osoba.
8. Pod uwagę brane będą tylko prawidłowe odpowiedzi wysłane drogą mailową, sygnowane własnym imieniem i nazwiskiem.
9. Nagrodę będzie można odebrać osobiście w Księgarni Victoria (Galeria Zabrze, ul. Wolności 273-275, 41-800 Zabrze) bądź zostanie ona przesłana na adres podany przez zwycięzcę. W przypadku nieodebrania nagrody organizatorzy konkursu mogą wyłonić innego zwycięzcę lub przeznaczyć nagrodę na inne cele.
10. Biorąc udział w konkursie, zgadzają się Państwo na przetwarzanie podanych przez siebie danych osobowych przez organizatora Grupę ŚBK oraz Księgarnię Victoria, zgodnie z Ustawą o ochronie danych osobowych z dnia 29 sierpnia 1997 r (Dz. U. nr 133 poz. 883) - które zostaną wykorzystane jednorazowo.
11. Wysyłka tylko na terenie Polski.

Zadanie konkursowe:

Ze słów - kluczy, podanych na blogach ŚBK ułóż hasło konkursowe.
Podaj liczbę blogów, które wzięły udział w Wielkim Mikołajkowym Konkursie.

sobota, 30 listopada 2013

30 dni z muzyką (30 day songs challange).

Źródło: sxc.hu
     Natchniony wpisem Sardegny podjąłem się wyzwania i spisałem listę 30 specjalnych utworów. Choć w moim przypadku było to szczególnie trudne bo równie dobrze mógł bym podzielić odpowiedź na kategorie związane z kilkoma stylami muzycznymi których słucham najwięcej.. Dodatkowo ta nieszczęsna "piosenka".. podjąłem to jako utwór muzyczny.

1) Ulubiona piosenka - To ciężki wybór dla człowieka który słucha dosłownie wszystkiego. Wspierając się liczbą odtworzeń w iTunes pozostają dwaj zwycięzcy: Lunatycy Dżemu i Psychodela Kalibra 44

2) Najbardziej nielubiana piosenka - Tutaj możecie sobie wstawić dowolną piosenkę z płyty Dżem w Operze zespołu Dżem gdzie na wokalu jest Jacek Dewódzki.

3) Piosenka, która rozwesela - Od zeszłego roku Letni Chamski Podryw Są baby. Wcześniej Wystarczy słowo Końca Świata

4) Piosenka, która zasmuca - Julie London Cry me a river. Jako ciekawostka utwór ten poznałem dzięki Gaimanowi po tym jak wspomniał o nim w książce Nigdziebądź.

5) Piosenka, która przypomina o kimś - Ostanie widzenie - Dżem

6) Piosenka, która przypomina o jakimś miejscu - burzliwa młodość w Knurowie za sprawą W moich kręgach Paktofoniki

7) Piosenka, która przypomina o jakimś wydarzeniu - Heavy Metal World - TSA. Niezapomniany koncert zespołu po którym udało nam się spalić wokalistę ;P

8) Piosenka, do której znam cały tekst - Musisz zawsze wierzyć w siebie Tiltu. Jak się wkręcę to jadąc samochodem całą drogę mogę się drzeć razem z wokalistą Tiltu.

9) Piosenka, przy której mogę tańczyć - Bo ja tańczyć chcę Juniora & Longa. (ewentualnie motyw z Desperados - ktoś kiedyś to nagrał i mam nadzieje, że nikt już tego nie zobaczy)

10) Piosenka, która usypia - Bjork - Aurora jak z resztą cała płyta Vespertine. Masuje zwoje i uspokaja i usypia :)

11) Piosenka ulubionego zespołu - To zależy który ulubiony zespół wybrać... a jest ich sporo. Ale niech będzie to Beards don’t kill people, people with beards kill people zespołu The Beards. Chłopaki wydali już 3 płyty gdzie motywem przewodnim wszystkich piosenek jest broda.

12) Piosenka zespołu/wykonawcy, którego nienawidzę - Nie, żebym jej nienawidził ale nic gorszego nie umiem znaleźć w swojej pamięci. Jessica Black - Friday

13) Piosenka, do której lubienia nigdy bym się nie przyznał - I tu jest problem.. ja przyznaję się do wszystkiego czego słucham. Obciach mnie bierze w związku z czym wymienię tu Mig Co ty mi dasz. Walory artystyczne tego utworu powalają na łopatki ;]

14) Piosenka, o której lubienie nikt by mnie nie podejrzewał - Mozart: Requiem In D Minor, K 626 - 3. Sequentia: Dies Irae

15) Piosenka, która mnie opisuje - Może Karramba - Doktor Spike

16) Piosenka, którą kiedyś lubiłem, a teraz nienawidzę -  Samuel Barber - Adagio for Strings Nie nienawidzę jej. Przyszedł po prostu taki moment, że było tego za dużo wszędzie.

17) Piosenka, którą często słyszę w radiu - The Vampire of time - Queens of the sone age w Esce Rock

18) Piosenka, którą chciałbym usłyszeć w radiu - Piąta strona świata - Miuosh

19) Piosenka z ulubionego albumu - Jak malowany ptak Dżemu

20) Piosenka, której słucham gdy jestem zły - Illusion - Nóż i w ogóle cały Illusion lub Kawaleria Szatana - Turbo (najbardziej niezdecydowany zespół jeśli chodzi o repertuar)

21) Piosenka, której słucham gdy jestem szczęśliwy - od niedawna jest to Chromeo i jego When the night falls. Od jakiegoś czasu bardziej odnajduję się w takich klimatach.

22) Piosenka, której słucham gdy jestem smutny - Bajm Małpa i ja

23) Piosenka, którą zagrano na moim ślubie - nie miałem ślubu

24) Piosenka, którą chciałbym, by zagrano na moim pogrzebie - Styx Renegade bo ma moc. Ewentualnie trochę ironicznie Psalm stojących w kolejce Krystyny Prońko

25) Piosenka, która rozśmiesza - I tu wchodzimy na ciężkie grunty mojego poczucia humoru... Zlad Elektronik Supersonik na równi z Letni Chamski Podryw i Czinkłeczento

26) Piosenka, którą potrafię zagrać na jakimś instrumencie - Moim znajomi śmieją się, że potrafię zagrać na gitarze tylko Tylko. Tylko - Illusion.

27) Piosenka, którą chciałbym umieć zagrać - Kocham gitarę basową dlatego to albo to w  wykonaniu Stuarda Hamma jest dla mnie niedoścignionym wzorem...

28) Piosenka, która wywołuje u mnie poczucie winy - Powiedzmy, że Roxanne The Police

29) Piosenka z mojego dzieciństwa - Radiotrance Kosmonavt. Pamiętam jak pierwszy raz go usłyszałem. Najpierw padło pytanie „Kuba, chcesz polecieć w kosmos? To zamknij oczy” i poszło odliczanie :)


30) Ulubiona piosenka dokładnie rok temu - Victor Deme Peuple Burkinab

Ot i moja lista. A jak to wygląda u was?

wtorek, 26 listopada 2013

Szary żywot mola książkowego.

Budzisz się rano i co widzisz? Szarość. Szarość dnia. Szarość firanek. Szarość Twojego życia. Podnosisz się z trudem i przecierasz oczy. Słyszysz tylko elektryczny szum przerywany od czasu do czasu warkotem silników przejeżdżających za oknem samochodów. Wsuwasz stopy w kapcie i powoli gramolisz się z łóżka. Nieprzytomnie suniesz w stronę kuchni a Twój wewnętrzny autopilot nastawia wodę na kawę. Kątem oka widzisz brudne naczynia w zlewie. Nie chciało Ci się ich myć poprzedniego dnia a dziś dodatkowo męczy Cię ich widok. Spoglądasz za okno i widzisz kolejny szary blok, łyse jesienne drzewa. Patrzysz na nie w milczeniu. Twoją uwagę odrywa bulgocząca woda w czajniku. Podchodzisz do stołu zaglądając najpierw bezmyślnie do lodówki. Przecież i tak wiesz, że nic w niej nie ma. Zalewasz kubek wodą i patrzysz na unoszącą się parę. Twój organizm czując zapach kawy powoli zaczyna się budzić. Ale umysł jeszcze śpi. Łapiesz za kubek i wracasz z nim do pokoju. Łóżko czy fotel, myślisz. W końcu decydujesz się na fotel. Może tego dnia jeszcze uda się coś zrobić. Siadasz wygodnie i po dłuższej chwili robisz pierwszy łyk kawy. Twój umysł wreszcie zaczyna się budzić do życia. Rozglądasz się po pokoju i myślisz co trzeba dzisiaj zrobić. Jeśli to dobrze zaplanujesz to może nawet uda się coś z tego doprowadzić do końca. W końcu Twój wzrok zatrzymuje się na półce stojącej obok fotela. Książka którą wczoraj zacząłeś leży przeczytana. Nawet nie wiesz kiedy ją skończyłeś. Obok leży kolejna. Robisz kolejny łyk kawy. Próbujesz przekonać swoje mięśnie żeby zebrały się na tą ostatnią odrobinę wysiłku aby Cię podnieść. Jest w końcu tyle do zrobienia. Niestety. Mięśnie mają swoje własne plany. Zrezygnowany sięgasz po książkę. Dopiję tylko kawę i przelecę kilka stron, może jeden rozdział. Otwierasz pierwszą stronę sącząc powoli kawę. Czujesz jak gorący napój powoli wypełnia Twój organizm. Zerkasz na tytuł i autora. Przewracasz stronę. Czytasz wstęp i... przenosisz się w zupełnie inny, kolorowy świat pełen przygód i emocji.

Nagle z zaczytania wyrywa Cię jakiś trzask na klatce. Odrywasz wzrok od książki czując jak w twoich ustach rozchodzą się fus z wypitej już w całości kawy. W oknie widzisz, że na zewnątrz jest już noc. Nawet nie wiesz kiedy włączyłeś nocną lampkę przy fotelu. Czujesz się zmęczony i głodny. Bateria w zegarku już dawno wysiadła więc nawet nie wiesz która jest godzina. Jedzenie czy spanie. Znów dylemat. W końcu podejmujesz męską decyzję odchodząc od okna. Najpierw drzemka, potem coś na szybko dojem. Kładziesz się na łóżku nakrywając się kołdrą. Kulisz się w pozycji embrionalnej, żeby zebrać jak najwięcej Ciepła. Patrzysz w ciemność i myślisz o tym, że jutro znów jest tyle do zrobienia. Po chwili obracasz się na drugi bok. Nie możesz zasnąć. W końcu został Ci tylko jeden rozdział. Nie. Tym razem musisz być silny. Trzeba się w końcu wyspać. Zamykasz oczy. Odpływasz.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Niestety wszyscy się znamy.

  Jeśli o mnie chodzi to z natury jestem czytaczem fantastyki ale co jakiś czas otwieram się na inne kategorie i tak ostatnimi czasy w moje ręce trafia coraz więcej biografii. Właściwie w moim pisaniu o książkach zaczyna być widać pewną tendencję. Najpierw Jobs i Richard Hammond. Niebawem kolejny wyjątkowy geniusz biznesu a dziś? Dzisiaj powiem Wam coś o jednym z najzabawniejszych ludzi w Polsce. Aktor, kabareciarz, piosenkarz. Człowiek którego nie znać mogą chyba tylko najmłodsi. 
  Bohdan Smoleń, bo to o nim dzisiaj będzie mowa. Jest człowiekiem niezwykłym i tak samo niezwykła jest historia jego życia. Książka „Niestety wszyscy się znamy” została przygotowana przez dziennikarkę Annę Karolinę Kłys i Wydawnictwo Otwarte. Wydana  twardej oprawie pod względem wizualnym prezentuje się rewelacyjnie. Autorka również przyłożyła się do tematu. Książka podzielona jest na logiczne etapy a każdy rozdział poprzedzony jest wprowadzeniem autorki przedstawiającym spojrzenie innych ludzi lub dokumentów na konkretne omawiane tematy. Dzięki temu zabiegowi możemy zobaczyć jak na wiele tematów różniło się spojrzenie bohatera i jego otoczenia. Dodatkowym atutem  są wprowadzenia do rozmów które pozwalają poczuć swojski klimat i atmosferę w jakich przebiegały poszczególne rozmowy autorki ze Smoleniem.
  W książce możemy poznać po pierwsze kunszt autorki bo ta poświęciła wiele czasu w wyszukanie informacji o bohaterze ale także o jego chronologii. Jako wstęp dostajemy rozdział opowiadający bogatą historię przodków Smolenia. A po drugie człowieka jakim naprawdę jest Bohdan Smoleń. A w brew pozorom nie jest to tak wesoły człowiek jak mogło by się wydawać z jego wizerunku scenicznego. Fakt, że jego kariera rozwijała się dynamicznie to jedno ale ucierpiało na tym jego życie osobiste, nerwy i zdrowie.

  W „Niestety wszyscy się znamy” poznajemy kulisty powstawania i działania kabaretów Pod Budą oraz Tey a także co łączyło a co dzieliło Smolenia z Zenonem Laskowikiem który przez długi czas był kojarzony przede wszystkim jako niezastąpiony partner sceniczny. Jak w ciężkich czasach PRL mógł działać kabaret, jak walczyło się z wszechobecną cenzurą. Jak dzięki układom i znajomościom można było załatwić wiele. Tego dowiemy się z tej książki. Poznam kulisy kabaretu Tey i zaskakujący dla niektórych fakt, że Tey to nie tylko Smoleń i Laskowik z okazjonalnymi występami Szuberta i Rewińskiego. Cały program zawierał czasem występny nawet 30 osób. Alkohol, kobiety i bale do samego rana. To wszystko co łączyło się z życiem gwiazdy Smolenia.
  Słuchając tego można by się spodziewać, że jego życie to pasmo szczęści i sukcesów. Z książki dowiadujemy się jednak także o drugiej stronie medalu. Życie Artysty wcale nie było takie łatwe. Zmaganie się z przeszkodami systemowymi ale i życiowymi wywarło na Smoleniu wielkie piętno. Jednym z nich była tragiczna historia jego rodziny która niejednego doprowadziła by na skraj przepaści. Do tego choroba a ostatecznie i wiek sprawiły, że czytając o najzabawniejszym człowieku w kraju przez dużą część czasu wcale nie pękamy ze śmiechu a w oczach mogą zbierać się łzy.
  Tragiczna historia to jednak nie wszystko co znajdujemy w tej książce, a jakom że czytamy o Smoleniu to można się jednak spodziewać wielu ciekawych anegdot i faktów o znanych polskich osobistościach. I o tym jak to się stało, że Smoleń został również gwiazdą Disco Polo.

  Książkę polecam wszystkim fanom ale i całej reszcie. Poznajcie historię gwiazdy, człowieka o wielkim sercu i bardzo smutnego bohatera w jednym.


czwartek, 21 listopada 2013

ŚBK: Spotkanie w Księgarni Victoria


 Księgarnia "Viktoria" Zabrze

  Śląscy Blogerzy Książkowi to potęga. Może jeszcze nie tak potężna ale już wkrótce. Zaczęło się skromnie od wspólnej kawy, przez wyszukanie autora maskotki, do współtworzenia targów książki w Katowicach. Teraz przyszedł czas na naszą księgarnię. Dzięki uprzejmości niesamowicie pozytywnej kierowniczki (Małgosia o Tobie mowa ;) ) 17 listopada mogliśmy zebrać naszą szaloną grupę i odwiedzić miejsce gdzie każdy blogger czuję się najlepiej. Księgarnia Victoria dzięki miłej obsłudze, dobremu ułożeniu książek i mocnej ofercie już na wstępie sprawia, że chce się zostać na dłużej. Jednak dzięki inicjatywie Kierowniczki Małgosi udało się połączyć siły Księgarzy i Blogerów tworząc nową siłę i jakość.
  ŚBKowcy z początku nieśmiało zgodzili się przybyć na spotkanie organizowane w księgarni specjalnie dla nich jednak oferta kawy i towarzystwo książek sprawiły, że daliśmy się namówić. Jak okazało się już na miejscu czekała na nas nagroda za dobre chęci w postaci niezwykle celnie przygotowanych toreb prezentowych z książką, mufinką i pyszną herbatką w środku. Małgosia spisała się niesamowicie bo dobrała książki idealnie pod poszczególne osoby dzięki czemu wszyscy czuli się równie oczarowani.

  Ale nie na samymi prezentami bloger żyje. Mając wokół siebie tyle woluminów nikt nie mógł się oprzeć i wszyscy wyszliśmy z książkami. Ja sam skusiłem się na tylko 4 tytuły z racji 20% zniżki.

  Jednak najważniejszym punktem spotkania była narada przy kawie na którą zostaliśmy zaproszeni do sąsiedniej kawiarni. Tam okazało się, że pomysły Kierowniczki Małgosi, jej zapał i zakręcenie dorównują naszym i szybko wpadliśmy w wir planowania i snucia pomysłów na dalszą współpracę. Plan działań na najbliższe miesiące został określony, choć nikt nie wyklucza, że może być tego więcej. Najbliższa akcja ŚBKiV zapowiada się na pierwszą połowę grudnia i gwarantuję wam, że się nie będziecie rozczarowani. Na początek konkurs internetowy jako rozgrzewka do działań a później już więcej akcji w realu. Ale o tym na razie sza. 

Ach był bym jeszcze zapomniał. ŚBK dorobiło się wreszcie swoich zakładek które między innymi w Księgarni Victoria możecie znaleźć :)

niedziela, 27 października 2013

Gra Endera

     Witam wszystkich serdecznie na moim jeszcze ciepłym blogu. Po kilku miesiącach od debiutu na blogu Archer oraz wielu namowach z jej i Śląskich Blogerów Książkowych strony wychodzę na swoje. A od czego blogger książkowy może zacząć jak nie od krótkiego polecenia Wam książki (a jutro może na spokojnie jakieś wspomnienia z targów książki w Krakowie :) )


Rok zbliża się ku końcowi a co za tym idzie coraz bliżej do premiery najbardziej oczekiwanego przeze mnie filmu tego roku. Film jest adaptacją książki która zapoczątkowała całą serię. Ja zapoznałem się z trzema pierwszymi tomami w formie audiobooka i nie mogę się doczekać kiedy dorwę pozostałe tomy na papierze. Żeby nie przeciągać. Chodzi mi o Grę Endera Orsona Scotta Carda.

Tytuł ten dla wielu jest jedną z najważniejszych książek s-f. Dla mnie też może być bo osobiście czystego s-f czytam raczej mało. Gdyby Gra Endera była jedną z moich pierwszych książek moje losy czytelnicze mogły by się potoczyć inaczej. Sama tematyka jest dość oklepana. Obcy z Kosmosu napadają na ziemię i teraz biedne Ziemniaki muszą się bronić. Trzeba jednak wziąć poprawkę na to, że tytuł po raz pierwszy wydany był w 1985 roku i na ten czas był czymś mocno oryginalnym.

W niedalekiej przyszłości ziemię atakują obcy nazwani Robalami. Ziemianom udaje się odeprzeć atak i natychmiast planują akcję zapobiegawczą wysyłając w przestrzeń kosmiczną flotę okrętów. Głównym założeniem ziemskiego ataku jest wyszkolenie najlepszych dowódców którzy będą w stanie zaskoczyć swoją strategią Robale. Anderw Wiggin, ośmiolatek o niezwykłym umyśle trafia do szkoły bojowej gdzie od samego początku jest szkolony na dowódcę floty który ma odmienić losy świata. Piętno trzeciego syna (w świecie gdzie ustawowo dozwolone jest posiadanie tylko dwójki potomstwa) i charakter nie ułatwiają mu życia w śród rówieśników co prowadzi do wielu spięć. Ender, tak nazwała go siostra, posiada niezwykłe umiejętności dowódcze dzięki czemu buduje sobie mocną pozycję i zdobywa bliskich przyjaciół ale i wrogów na śmierć i życie. 

W Grze Endera widać zderzenie polityki i zdrowego rozsądku w którym ten drugi jest na straconej pozycji. Ale jak może być inaczej kiedy stawką jest, życie całej cywilizacji.  Dzieci które stawiane są przed zadaniami które obecnie dla dorosłych bywają skrajnością. Jednak dzięki wyrazistości postaci i dobrze poprowadzonej fabule książkę połyka się jednym tchem. Dla osób które nie są zwolennikami s-f plusem może być to, że  nie ma w książce wielu skomplikowanych terminów kosmicznych nazw i innych. Historia dzieje się w niedalekiej i prawdopodobnej przyszłości. Pomimo czasu w którym autor napisał dzieło nie widać żadnych zgrzytów w wizji technologicznej dzięki czemu tym lepiej książkę się czyta. Zdecydowanie plusem książki jest zakończenie. Słuchając z wypiekami na twarzy przyjemnego głosu Rocha Siemianowskiego byłem w totalnie zaskoczony rozwiązaniem fabuły. A podchodząc do kolejnych części serii wrażenie po zakończeniu pierwszego tomu tylko się pogłębia.

Tytuł polecam wszystkim. Fanom fantastyki bo to kawał dobrej roboty. Sceptykom bo pomimo tematyki obcych jest mało a sama historia jest na tyle przystępna, że każdy może skończyć książkę zadowolony z lektury.

W każdej kategorii książek znajdzie się coś uniwersalnego i lekkiego  co można polecić dowolnemu czytelnikowi. Tak jak w s-f jest to Ender tak w fantasy może to być Tkacz Iluzji (wydany również w dłuższej formie jako Kroniki Drugiego Kręgu). Obie serie polecam szczerze wszystkim bo dają naprawdę dużo dobrej zabawy.

Księga Tęsknoty.



Leonard Cohen. Pieśniarz, bard, poeta. Jeden z najwspanialszych głosów na świecie. Głębia tekstów piosenek w połączeniu z hipnotyzującym niskim głosem tego starszego pana daje w efekcie sztukę niesamowitą. Wszyscy znają Cohena pieśniarza, jednak niewielu wie, że jest on również pisarzem i poetą. W 1956 wydał swój pierwszy tom poezji Porównajmy mitologie którym po raz pierwszy w ogóle dał znać o sobie. Jego pierwsza powieść Ulubiona gra pojawiła się w 1963 roku a dopiero cztery lata później zadebiutował wokalnie płytą Songs of Leonard Cohen

Dziś, dzięki Domu Wydawniczemu Rebis mam przyjemność opowiedzieć wam o Księdze Tęsknoty. Dziesiątym w kolejności wydania tomie poezji Cohena. Pierwszy raz wydane w 2006 teraz w dodruku. Tom ten jest wyjątkowy z dwóch powodów. Po pierwsze jest to kontynuacja wydanej w 1984 roku Księgi Miłosierdzia będąca swoistym podsumowaniem jego życia. Po drugie Księga Tęsknoty jest pierwszym tomem w którym poza tekstami dołączone są również ilustracje wykonane przez autora.

Jako wzrokowiec, esteta i czepialski muszę na początku zwrócić uwagę na dwie  rzeczy. Samo wydanie książki jest bardzo dobre. Solidny papier, twarda oprawa i obwoluta. Jednak jest coś co mi się w polskim wydaniu wyjątkowo rzuciło w oczy. Zdjęcie Autora na okładce. W oryginalnym wydaniu Amerykańskim klimatyczne swoją drogą zdjęcie Cohena zajmuje ok 1/4 okładki dzięki czemu jego kiepska jakość nie razi w oczy. Niestety ktoś kto odpowiada za polskie wydanie nie miał chyba pomysłu na wypełniacze tekstowe okładki i żeby zapełnić dziurę rozciągnął zdjęcie na prawie całą stronę co niestety sprawia, że pierwsze co widać to jedna wielka pikselowa papka. Druga sprawa to tłumacz. Daniel Wyszogrodzki odpowiadający za tłumaczenie wszystkich tekstów jako tłumacz został w książce niemal całkowicie pominięty. Gdybym się nie skupił nad tematem to przeoczyłbym na powtórzonej ilustracji okładkowej w środku książki wzmiankę o tłumaczu. Jest to o tyle irytujące, że facet który naprawdę srogo napracował się nad tą książką został niemal całkiem pominięty a gość który jedyne co zrobił to zepsuł okładkę jest ładnie wymieniony bo zrobił „opracowanie graficzne okładki”. Nieładnie. 

Ale nie o tym przecież powinienem mówić, Leonard Cohen poeta. Księgi tęsknoty nie można właściwie całkiem nazwać tomem poezji. Jest to zbiór, wierszy, tekstów piosenek i luźnych tekstów które autor pisał na przestrzeni wielu lat. Dodatkowo wszystko to okraszone jest zbiorem odręcznych notatek i grafik które przede wszystkim przedstawiają karykatury jego samego. Co do treści to widać mocno wpływy miejsc w których przebywał przez długi czas. Jednym z najwyraźniejszych jest klasztor zen na Mound Baldy w którym Cohen przez kilka lat szukał kontaktu z B-giem (pisownia oryginalna) i oświecenia. Niestety co widać w tekstach nie udało mu się. Może to i lepiej bo jeszcze stracił by ten swój erotyczno nostalgiczny klimat tekstów.

A o czym On właściwie pisze? Pisze o życiu. O tęsknocie, szczęściu, miłości, poszukiwaniu i wszystkim tym co ulotne. Wszystkim tym co przez lata sprawiało, że stawał się tym tajemniczy starszym panem z niesamowitym głosem. Niektóre teksty zawierają się dosłownie w dwóch trzech zdaniach. Niektóre rozciągają się na dwie strony. Ale wszystkie mają w sobie to specyficzne Cohenowe coś. Czasem tylko trzeba wziąć poprawkę na dwie rzeczy. Cohen w wielu tekstach pisze o zażywaniu różnych substancji i momentami je czuć. Przy niektórych tekstach musiałem się zatrzymać i zacząć od początku zastanawiając się o co mu cholera chodzi.. On to chyba pisał na jakimś kwasie. A potem dostaję teksty które sprawiają, że zatrzymujesz się i myślisz sobie, tak to jest to. To jest ważne i głębokie. Z niektórymi tekstami jest też inny problem. A może to właściwie nie jest problem tylko zaleta. Kiedy słuchamy Cohena jedną z pierwszych rzeczy które rzucają się w oczy jest tempo. Spokojne, powolne. I tak też powinno się czytać jego teksty. Nie rzucać się na całość od razu a sięgać po nie raz na jakiś czas, żeby przeczytać je sobie powoli i spokojnie poświęcając się refleksji. Sam mam to do siebie, że jak zaczynam czytać to powoli się rozpędzam i mi to nie przeszkadza. Jeśli lektura jest wciągająca to ok. Przy Księdze Tęsknoty sam się stopowałem. Nie raz wracałem do jakiegoś tekstu, żeby przeczytać go jeszcze raz powoli wyobrażając sobie w głowie jego głos. Zdecydowanie przyjemniejsze podejście do jego twórczości. Czytanie Cohena na szybko uważam za jawną zbrodnię.


Księgę Tęsknoty polecam wszystkim. Każdy potrzebuje zatrzymać się na chwilę, wyciszyć i zastanowić nad sensem życia. Cohen przekazując nam swoje słowa sprawia, że taki przystanek staję się zdecydowanie przyjemniejszy.

Na krawędzi.

Wydana nakładem Znaku Na krawędzi: Moja opowieść Richarda Hammonda, a właściwie Richarda i Mindy Hammond to opowieść która mocno mnie zaskoczyła i poruszyła. Znając życiowe poczynania Hammonda (zwanego też Chomikiem ze względu na swój wzrost i często bujną czuprynę) spodziewałem się historii o kolejnych jego podbojach i przygodach. Pełnych adrenaliny wariactwach których finałem była przejażdżka jednym z najszybszych pojazdów lądowych na świecie. Pojazdem w którym przy prędkości ponad 400 km/h pękła opona doprowadzając do tragicznego wypadku z którego jakimś cudem uszedł żywy.

Hammonda większość ludzi zna z bardzo specyficznych programów, motoryzacyjnego Top Gear oraz naukowego Brainiac. Książka którą dostałem do rąk dzięki Archer związana jest mocno z tym pierwszym, motoryzacyjnym. Na początku poznajemy szybką historię jego dzieciństwa, rodzącej się pasji do motoryzacji i adrenaliny. Dowiadujemy się jak wyglądała droga do sławy (czyli jak to się stało, że znalazł się w Top Gear). O jego najlepszej pracy na świecie w której może spełniać niemal wszystkie swoje chłopięce marzenia, szalone pomysły. Jak jego uzależnienie od adrenaliny znajduje swoje ujście. Aż w końcu trafiamy do głównego dania.

20.9.2006 roku. To w tym dniu Hammond dostaje szansę zrobienia jednej z najbardziej szalonych rzeczy w programie oraz własnym życiu. Dostaje do testów jeden z najszybszych pojazdów lądowych. Konstrukcja którą tylko szaleńcy mogli wymyślić a jeszcze więksi szaleńcy odważą się do niej wejść. Pojazd który w zdecydowanej większości składa się z ogromnego silnika odrzutowego. Dobudowana kabina składająca się z klatki bezpieczeństwa, fotela, kierownicy i kilku przełączników wyzwalających moc bestii. Pojazd który w ciągu kilku sekund rozpędza się do prędkości 200 km/h.
20.9.2006 17:30 i 33,08. Dokładnie w tym momencie Richard godzi się z tym, że właśnie w tej chwili poznał odpowiedź na pytanie jak umrze. 

Znajdujemy się w około jednej trzeciej książki i właśnie tu, w chwili kiedy świadomość Richarda gaśnie, prowadzenie przejmuje osoba którą poza Chomikiem wypadek dotknął najbardziej. Mindy, żona Richarda i matka jego dwójki dzieci dostaje telefon o wypadku jej męża, że powinna jak najszybciej dotrzeć do szpitala. Poznajemy niesamowicie przejmującą historię kobiety której mąż i ukochany ojciec jej dwóch córek otarł się o śmierć. Historię walki o jego życie i zachowanie jego osobowości która mogła zostać zniszczona w wyniku uszkodzeń mózgu jakich doznał w wypadku. Opowieść Mindy jest niezwykle szczera i pokazuje nam co się dzieje z człowiekiem który przeżył tak straszne wydarzenia i co wtedy dzieje się z jego najbliższymi. Jak nierówna jest walka z chorobą i ciężki powrót do zdrowia i normalnego życia. Pobyt w szpitalach, ograniczone kontakty z córkami, długa rehabilitacja.

Pod koniec do głosu wraca również Hammond który opisuje czas rehabilitacji swoimi oczami i opowieść prowadzona jest na dwa głosy co dodatkowo wzmacnia przedstawiany obraz i pokazuje niesamowitą więź jaka łączy tą parę.

Książka napisana jest bardzo fajnym językiem i naprawdę mocno rozbudza emocje. Sam byłem naprawdę pod wielkim wrażeniem, ile uczuć i emocji może wywołać książka która w sumie miała być czytadłem od faceta dla facetów. Jak już do niej zasiadłem to ciężko było się oderwać. Ze spokojem serca mogę polecić ją właściwie każdemu. Od razu jednak ostrzegam tych z was którzy mają miękkie serca - przygotujcie sobie chusteczki na opowieść Mindy. Mogą wam się przydać a nie będziecie chcieli przerywać lektury.

Once upon a time...

(Once Upon a Time...) Dwano, dawno temu a dokładnie w 2004 roku w głowach dwóch scenarzystów Edwarda Kitsisa i Adama Horowitza (odpowiedzialnych za takie hity jak Zagubieni czy Tron: Dziedzictwo) zrodził się niesamowity pomysł na serial opowiadający o podróżach między baśniowymi światami. Pomysł nie trafił na podatny grunt i został schowany do szuflady a twórcy zajęli się innymi sprawami. Po latach odkurzyli pomysł i z pomocą amerykańskiej stacji ABC w 2011 zrealizowali jedną ze swoich najbardziej szalonych wizji.

Pisałem niedawno, że twórcom coraz częściej brak pomysłów i sięgają po stare sprawdzone historie aby odrobinę je odświeżyć i podać w bardziej nowoczesnej formie. Czasem wychodzi to fatalnie, czasem nieźle jednak oryginalności w tym niewiele. Zdarzają się jednak wyjątki. Zazwyczaj jest tak, że scenarzysta bierze jakąś sprawdzoną baśń i przenosi ją w nowsze realia. Nie w tym przypadku. Przynajmniej nie do końca. Twórcy Dawno, dawno temu zerwali z tym szablonem i sięgnęli nie po jedną, nie po dwie a po niemal wszystkie baśniowe opowieści. I nie, nie przenieśli ich do naszych czasów. A właściwie to przenieśli, jednak nie tak jak wszystkim by się wydawało. Nie jest to luźna adaptacja zachowująca tytuł i wybrane motywy oryginału.

Pamiętacie Królewnę Śnieżkę? No jasne, że pamiętacie. To chyba najbardziej znana baśniowa postać. No i oczywiście jej konflikt ze Złą Królową w wyniku którego Królewna ucieka do lasu i chowa się w towarzystwie krasnoludków. To wszystko pojawia się w serialu i to w prawdziwie baśniowym świecie. A co powiecie na to, że Śnieżka może mieć jako sojusznika Czerwonego Kapturka? I Wróżkę Chrzestną. I Gepetto. I Mulan. Twórcy tego serialu w niesamowity sposób połączyli ze sobą niesamowitą ilość baśniowych światów i postaci. A jak by komuś było mało to mniej baśniowe światy też się pojawiają. Nie chcę wam za wiele zdradzać ale wiedzcie, że on żyje! Żyje! Żeby jednak nie było musi być do tego wszystkiego bardziej nowoczesne podejście. Jak się okazuje w pierwszym odcinku, historia jest prowadzona dwutorowo. Główna historia dzieje się w ustronnym miasteczku Storybrooke znajdującym się w naszym realnym, pozbawionym magii świecie. W świecie baśni zaś trafiamy w ramach retrospekcji.

Ale zaraz, zaraz zapytacie. Jak to świat realny i retrospekcje w świecie baśni? Dokładnie tak. Serial zaczyna się od sceny w której jedenastoletni Henry Mills puka do drzwi dwudziestoośmioletniej Emmy Swan. Chłopiec oznajmia, że jest jej oddanym do adopcji synem. Zaraz potem pokazuje jej swoją starą księgę baśni i próbuje przekazać, że mieszka w miasteczku w którym wszystkie postaci bajkowe zostały uwięzione przez klątwę Złej Królowej. Emma ma być według niego jedyną nadzieją dla wszystkich aby zerwać klątwę ponieważ jak twierdzi jest ona zaginioną córką Królewny Śnieżki. W ten sposób trafia ona do Storybrooke. Pierwotnie aby oddać Henrego jego obecnej matce, jednak na miejscu postanawia zachować kontakt z chłopcem i pozostać w miasteczku na dłużej. W ten sposób rozpoczyna się ciąg wydarzeń który pokazuje jej, że miasteczko i jego mieszkańcy naprawdę nie są do końca zwykli.


W każdym odcinku zobaczymy losy bohaterów dążących do rozwiązania tajemnicy miasteczka i zerwania klątwy. Poznajemy także historię postaci którymi mieszkańcy byli w czasach z przed klątwy. Dowiadujemy się jak doszło do powstania klątwy i jakie są powiązania między naprawdę godną podziwu kawalkadą postaci baśniowych. Główna historia toczy się wokół losów Królewny Śnieżki, Księcia Uroczego, Emmy, Henrego, Złej Królowej i moim zdaniem najlepszej postaci w całej serii Rumpelstiltskina. Serial jest wart obejrzenia już tylko dla jego postaci. Ale jak zaczniecie oglądacie to uwierzcie, że tak jak ja będziecie niezwykle ciekawi w jaki sposób twórcy połączą losy poszczególnych baśniowych bohaterów. I kto się jeszcze pojawi. Twórcy zdają się nie znać ograniczeń a niektóre postaci jak i połączenia ich z główną historią bywają sporym zaskoczeniem. W serialu można znaleźć naprawdę wiele smaczków które są mocnym nawiązaniem do oryginalnych historii. Największą kopalnią tych smaczków jest antykwariat Pana Golda w którym można zobaczyć całą masę przedmiotów mogących zapowiadać kolejne postaci. Serial polecam mocno a jeśli pierwszy sezon nie był dla was wystarczająco dobry to uwierzcie, że drugi przebija go we wszystkim.

Czytanie o pisaniu, pisanie o czytaniu.

Czytam książki. Tak. Należę to tego malejącego grona. Jestem jednym z tych pasjonatów którzy nie mogą wchodzić do księgarń ani przechodzić koło wyprzedażowych stosów w dużych sklepach bo od razy wychodzą z książką (a w skrajnych przypadkach z piętnastoma.. ). Uwielbiam siedzieć sobie w fotelu i podziwiać grzbiety tych wszystkich książek które zbierałem przez lata i napawać się ich widokiem. Lubię też mówić i dzielić się swoimi opiniami o książkach mając niesamowitą satysfakcję kiedy ktoś skusił się na pożyczenie jednej z moich książek celem przeczytania a potem oddał ją mówiąc, że chce więcej. Namówiony przez Archer zacząłem przekazywać swoje opinie publicznie na jej blogu. Przyznam, że kiedy pojawia się odzew na moje posty to czuję dużą przyjemność (dlatego nie wybaczę wam tylko jednego komentarza pod wpisem o „Drewnianym mieczu”! Wy nieczułe dranie!). Jeśli gdzieś słyszę negatywne opinie to tym bardziej motywuje mnie to do poprawiania swojego warsztatu. A do dzisiejszego wpisu zmotywowały mnie teksty ukazujące się w ostatnich dniach w sieci rozpoczęte mocno znienawidzonym już tekstem Pauliny Małochleb.

Internet to wspaniałe miejsce. Niesamowity wynalazek który wyniósł wolność słowa i kontakty między ludzkie na zupełnie nowy niespotykany dotąd poziom. Dzięki niemu każdy z nas może dzielić się swoimi opiniami dosłownie z każdym. Już nie trzeba szkolić się latami, przynosić kawy redaktorom i wykonywać tysiąca innych nic nie znaczących czynności aby któregoś dnia, może, łaskawie móc przeczytać akapit ze swojego tekstu w jakimś poczytnym piśmie. Obecnie wystarczy w 3 minuty założyć bloga i już masz swoje własne czasopismo. Nie musisz kończyć nawet podstawówki. Ważne, że chcesz pisać. Nie musisz mieć nawet internetu. Są miejsca gdzie możesz z niego skorzystać. Jeśli masz pomysł możesz pisać swoje opinie w najróżniejszej formie. Możesz pisać recenzje wierszem. Możesz pisać listy do przyjaciółki. Możesz też skorzystać z najbardziej utartych standardów wypowiedzi a potem doskonalić swój warsztat aż kiedyś odważysz się na zmianę stylu. Albo nie. Nikt cię nie zmusza. Jeśli masz szczęście to ludzie zaczną czytać twoje wypociny a może nawet i komentować. Co piszesz i jak piszesz zależy tylko od Ciebie. Czy ktoś to będzie czytał to już inny temat. Możesz pisać dla samej przyjemności pisania i dzielenia się tym pisaniem. Możesz też pisać tak żeby czytało to jak najwięcej osób. Ale to ostatecznie od odbiorcy zależy czy zostanie z tobą na dłużej czy nie.

Jak pisze w swoim artykule Pani Paulina są dwa główne nurty piszących o książkach tylko wydaje mi się on trochę nietrafiony. Dzielenie na stosikowców i niestosikowców, uważam za pomyłkę. Ludzie którzy piszą o książkach piszą o nich w zdecydowanej większości dlatego, że lubią czytać. Oczywiście zdarzają się wyjątki w których ktoś dostaje do przeczytania książkę bo trzeba o niej napisać bo wszyscy piszą. Ale nie o nich teraz. Każdy kto czyta książki i o nich pisze jest w pewnym sensie stosikowcem. Nie zawsze pokazuje to wprost, jednak pisząc o danym tytule automatycznie dodajemy go do naszego stosu który jest zbiorem napisanych już artykułów. Mój podział jest inny. 

Są profesjonaliści i amatorzy. Jedni piszą i na tym zarabiają często pisząc rozległe analizy ambitnych czy naukowych tytułów. Są też jednak profesjonaliści którzy piszą próbując przekonać odbiorcę przedstawiając swoje prywatne spostrzeżenia i uczucia z czytania. Są też amatorzy którzy piszą skomplikowane analizy. Jednak większość amatorów to osoby które zwyczajnie lubią dzielić się swoimi opiniami o przeczytanych książkach (do tych zaliczamy się między innymi ja i Archer, reszta zapaleńców znajduje się po prawej stronie tego tekstu). Nikt nam za to nie płaci. Zdarza się, że jak ktoś pisze dobrze i ma już jakieś grono odbiorców to interesują się nim wydawnictwa. Te jednak nie płacą za teksty. Zwyczajnie im się to nie opłaca. Wydawnictwa przesyłają piszącym czytelnikom książki. Najwyższym zaszczytem jest kiedy dostaniesz jakiś egzemplarz jeszcze przed ostatecznym wydaniem. Co ważne, takie podejście wydawnictw nie obliguje Cię automatycznie do pisania pozytywnych opinii. Może się okazać, że książka Cię rozczarowała. Jeśli amator napisze coś niepochlebnego co spotka się ze złym odbiorem to nikt nie utnie mu premii. Co najwyżej dane wydawnictwo nie wyśle mu więcej książek (co raczej rzadko się zdarza). Ale przecież to amator który zaczął od czytania własnych czy też wypożyczonych książek. Amator dalej będzie pisał o książkach które przeczytał i które mu się podobały. Profesjonalista może dostać zlecenie na napisanie pozytywnej opinii bo takie jest zapotrzebowanie i za to mu płacą. Amator nie ma nad sobą, żadnego redaktora który miałby coś nakazać. Amator może pojechać po bandzie. Jeśli komuś się to nie spodoba, może przestać go czytać. Amatorowi to nie zaszkodzi bo pisze przede wszystkim dla przyjemności.

Pani Małochleb zarzuca amatorom, nie przepraszam, stosikowcom brak stylu, wyczucia i zamknięcie się w ogólnie ustalonych szkolnych ramach wypowiedzi. Nie wiem co w tym złego. W końcu to amatorzy. Ludzie którzy mogli nie skończyć żadnej szkoły. Jeśli potrafią zachować podstawowe ramy wypowiedzi to tylko dobrze o nich świadczy bo coś jednak z nauki wynieśli. A skoro przez wiele lat ewentualnej nauki tłucze się do łba, że wypowiedź musi mieć wstęp, rozwinięcie i zakończenie które ma wyglądać dokładnie tak a nie inaczej to pretensje powinny być chyba jednak do systemu edukacji a nie do ludzi którzy tak zostali wyszkoleni. Poza tym pisanie w klasyczny sposób pozwala takiemu amatorowi nabrać doświadczenia i obycia z pisaniem. Dla niektórych może się to okazać forma w której czują się najlepiej dla innych może to być zbyt ograniczające i próbują iść swoją drogą pisząc po swojemu. Ostatecznie czy dana droga jest właściwa pokazują odbiorcy. Jeśli ktoś pisze w utartych ramach ale przekazuje wartościowe informacje czy zwyczajnie emocje a innym zwyczajnym odbiorcom się to podoba to można takiej osobie tylko przyklasnąć i życzyć powodzenia.

Osobiście nie czytam wielu blogów i mało udzielam się w komentarzach bo się w tym zwyczajnie nie odnajduję. Mam jednak kilku swoich ulubionych blogerów którzy, może i nie są najlepsi jeśli chodzi o warsztat ale przekazują istotne dla mnie informacje o napotkanych pozycjach a do tego ich gust trafia idealnie w mój. I to chyba jest tu najważniejsze. W dzisiejszych czasach osób przekazujących treści jest wiele, tak samo jak odbiorców. Dzięki temu każdy może znaleźć osobę trafiającą w nasze gusta. Różnorodność tych gustów sprawia, że każdy może pisać i znaleźć swoich odbiorców. Obwinianie internetowego amatora o brak warsztatu i besztanie go za to uważam za zwykłe buractwo. To amator. Można mu zwrócić uwagę i pomóc się doskonalić ale to wciąż tylko amator. Jeśli nam się nie podoba możemy zamknąć stronę i szukać kogoś kto może pisać tysiąc stronicowe traktaty na temat stupięćdziesięcio stronicowej książki. Nie narzucajmy komuś swoich wartości. Żyjemy w czasach w których każdy może tworzyć co mu się podoba i nie przejmować się innymi. Obrażanie kogoś za to, że nie jest tak dobry i wyedukowany jak my pokazuje jak bardzo jesteśmy ograniczeni. 

Dziękuję za uwagę,

Osobisty Mężczyzna.